December 26, 2012

ŚWIĘTA ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH – lepiej późno niż później

Mój blog prawie zamarł. Praca wciągnęła mnie tak samo jak kiedyś gotowanie i fotografowanie.
Na wszystko jest czas. Idę teraz za intuicją i na razie mnie nie zawodzi.
Po Berlinie wylądowałam na 4 dni w domu. W tym czasie upiekłam 4 chleby, 4 makowce, zrobiłam ulubioną zupę grzybową mojej Mamy, rybę w domowej wędzarni, kompot z suszu z kardamonem, goździkami i anyżem. Spędziłam kameralną Wigilię z bardzo skromnym menu, na przekór polskiej tradycji, a jakże! Obejrzałam film, który najlepiej nastraja mnie na święta "To właśnie miłość" (Love Actually).
A wczoraj spakowałam walizkę i poleciałam dalej w świat. Kierunek Paryż. Jest pięknie. Na Place de la Concorde znów stoi wielkie koło całe w białych światłach. Wprawdzie znów będę dużo pracować, ale spróbuję odwiedzić wieczorem Boulevard Haussman i sprawdzić małe teatrzyki dla dzieci na wystawach Galerie Lafayette i Le Printemps. Mieszkam w sercu Saint Germain des Pres. Mam pod nosem Pierre'a Marcolini i Gerarda Mulot. Nie znam drugiego miasta tak pięknego jak Paryż. La vie est belle. Czego i Wam życzę. Spokojnych poświąt :) Lepiej późno niź później.

Ponieważ na emigracji nie mam za bardzo czasu na ślęczenie w kuchni, wymyślam ciasta szybkie i łatwe. Wypróbowałam pierwszy raz gotową masę makową. Miła niespodzianka. Wystarczy ją lekko podkoloryzować pomarańczową nutą. Przepis dla tych co pościli całe święta i nie mają jeszcze dosyć słodyczy :)

MAKOWIEC EKSPRESOWY
(przepis własny)

Porcja na 4 średnie makowce
ciasto drożdżowe:
4 jaja (całe)
130 g cukru
100 ml śmietanki kremówki 30%
150 ml mleka
6 g suszonych drożdży
130 g masła
650 g mąki pszennej

• jaja utrzeć z cukrem
• droższe rozpuścić w ciepławym mleku i śmietance
• dolać do jajek z cukrem
• dodać mąkę i wyrobić ciasto
• dodać roztopione masło i ręką delikatnie wgnieść je w ciasto
• odstawić pod szmatką do wyrośnięcia

2 puszki masy makowej z bakaliami
1 paczka skórki pomarańczowej
garść rodzynek 
likier pomarańczowy

• rodzynki zalać likierem pomarańczowym i podgrzać - odstawić żeby nasiąknęły likierem
• masę makową wymieszać ze skórką pomarańczową i rodzynkami
• wyrośnięte ciasto podzielić na 4 części (mniej więcej jedna garść na 1 makowiec) - mnie zostało jeszcze ciasta na 4 małe drożdżówki z serem.
• podsypać mąką i rozwałkować (ja robię ciasto bardzo cienkie)
• rozłożyć masę na cieście, zawinąć trzy boki do środka i zwinąć dość ściśle
• makowce wyłożyć na papier do pieczenia w keksówkach, żeby się za bardzo nie rozlazły, zawsze zawiniętą stroną na dół (mniejsza szansa, że się otworzą)
• wierz smaruje jajkiem z mlekiem
• piec ok 45 minut w 180 stopniach na termoobiegu
A dla tych, którzy nie uznają półśrodków, mój stary ulubiony przepis na rogale z białego maku i marcepanu.
A bientot!

November 17, 2012

CHLEB CYTRYNOWO-ŻURAWINOWY

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
W ciągu miesiąca moje życie stanęło do góry nogami. Zupełnie niespodziewanie trafiłam na kilka miesięcy do Berlina. Nagła przeprowadzka i nowa praca sprawiły, że zaległości są coraz większe.
Międzynarodowe święto chleba dawno za nami. Zamiast relacji z paryskiego Salon du Chocolat, chleb, który wymyśliłam właściwie od zera, właśnie w Święto Chleba. To jednak dowód na to, że inspiracje mogą przyjść z kierunku zupełnie nietypowego. Długo szukałam tematu dla chleba, który będzie zupełnie inny niż wszystko co do tej pory jadłam. Tym razem zaczęło się od kosmetyku: cytrynowo–żurawinowy scrub cukrowy Pat&Rub. Co może się stać w kuchni po wyjściu z łazienki :)

CHLEB CYTRYNOWY Z ŻURAWINĄ I JOGURTEM
przepis własny

70 g czynnego zakwasu (użyłam żytniego, ale może lepszy będzie pszenny)
450 g mąki special pizza Napoli (można zastąpić pszenną chlebową)
300 g mąki pszennej
18 g soli
180 g jogurtu naturalnego
120 g mleka
250 g ciepławej wody
4 g suszonych drożdży
skórka z jednej dużej cytryny
70 g miodu
100 g suszonej żurawiny


• składniki dokładnie wymieszać
• odstawić pod przykryciem na pół godziny
• przełożyć na blat wysypany mąką
• uformować bochenek jak na zdjęciu (składamy 4 strony do środka, odwracamy do góry nogami, formujemy okrągły bochenek)
• bochenek przekładamy do koszyka lub garnka podobnego gabarytami do tego w którym będziemy piec chleb*
• naczynie powinno być na tyle głębokie, żeby móc garnek przykryć – gwarantuje to ładne wyrastanie
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
 
• gdy chleb wyrośnie przekładamy chleb z papierem do żeliwnego garnka nagrzanego do 250 C (ok. 20 minut w piekarniku)
• wierzch można naciąć na wierzchu na przykład w kratkę
• chleb w moim piekarniku piecze się ok 50 minut w 230 stopniach (w garnku żeliwnym z przykrywką)
* od dawna wykładam naczynie do wyrastania papierem do pieczenia, tak aby móc łagodnie przełożyć wyrośnięty chleb do nagrzanego garnka
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Chleb jest najlepszy pierwszego dnia z masłem i konfiturą pomarańczową lub figową.
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Można go też upiec w dwóch keksówkach. Wówczas, pieczemy go ok 35-40 minut w 230 C.

Przeglądając kilka blogów w Międzynarodowe Święto Chleba, najbardziej zaskoczyła mnie znowu Monika (i czuję, że dopiero się rozkręca:). Przy jej chlebie konopnym, ja wyglądam jak konserwatysta roku :) 

A tutaj moja inspiracja Made in Poland ;) 
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

October 29, 2012

JESIENNY PARYŻ

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Przełom października i listopada nie jest najlepszym momentem na podróże do Paryża jeśli lubi się chodzić godzinami po mieście i nie ma się wielkich chęci na zakupy. Choć jesień dopiero się tu rozwija, temperatury znacznie spadły i budżet na herbaty i "prąd" znacznie wzrastają o tej porze roku :) Jest to jednak znakomity moment dla miłośników fotografii. W Paryżu właśnie rozpoczął się Miesiąc Fotografii, w ramach którego sporo ciekawych wystaw, a nawet kilka polskich akcentów: wystawa "Polskia Fotografia w Paryżu i na Świecie", Bogdan Konopka, Gabriela Morawetz, Ryszard Horowitz i wiele ciekawych wystaw ze świata. W Europejskim Domu Fotografii już można obejrzeć  wystawę Claude'a Nori "Fotograf i wydawca". Szczególnie część jego fotografii jest godna polecenia. Tematem jest szczęście, wyzwanie, które autor podejmuje niejako z przekory wobec tego jak łatwo uchwycić jest brzydotę, mizerię i tragedię. W drugiej sali – prace fotografów związanych z legendarnym CONTREJOUR, wydawnictwem, które odkryło i promowało fotografów takich jak: Bernard Plossu, Mario Giacomelli, Sebastiao Salgado.
W tym samym miejscu można obejrzeć wystawę Alice Springs, czyli żony Helmuta Newtona.

Największym wydarzeniem jest jednak wystawa Edwarda Hoppera.
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Bardzo imponująca. Świetną rekomendacją jest artykuł w aktualnym Air France Magazine (str. 18-19) – do przeczytania również online.  Na wystawie zobaczymy nie tylko obrazy Hoppera, ale również jego wielkie inspiracje: obrazy Degas i projekcje fotografii Atgeta. Na końcu wystawy prace fotografa – Philip-Lorca diCorcia. Bardzo godne uwagi. Piękna praca ze światłem i przemyślana kompozycja.

Po wystawach zawsze warto kupić makaroniki lub choćby pain au chocolat - pistache w LA DUREE
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Lub pójść do dzielnicy łacińskiej na słone naleśniki...
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Oczywiście wizyta u Gerarda Mulot obowiązkowa (moje ulubione bagietki na zakwasie i parę niezłych ciastek).

Poprzednie wpisy związane z Paryżem znajdziecie tutaj.  Niestety moja ulubiona restauracja L'Annexe de Montmartre została przejęta przez dwie dziewczyny. Ceny ani dania nie przypominają już tych u dwóch uroczych chłopaków... Strona internetowa też już nie zachęca. Czas na nowe odkrycia...
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

October 23, 2012

GULASZ Z JAGNIĘCINY Z CIEMNYM PIWEM

Nie wyrabiam się zupełnie. Mam ok. 3000 niewywołanych zdjęć. Zanim je wezmę na warsztat będzie zima. Dlatego bez zbędnego komentarza, relacja z zaległych warsztatów z Tomkiem Jakubiakiem (podobno znanym kucharzem z tv – ja nie znam za bardzo, bo telewizora nie posiadam :)  i Maciejem Chołdrychem – sensorykiem i trenerem piwnym. Organizatorem warsztatów był producent piwa Książęce.

Warsztaty odbyły się w SmArt Studio przy ul. Hożej w Warszawie. Nawet nie wiedziałam o jego istnieniu. Świetny klimat i duża fotogeniczność.  


Piwo jest u mnie na jednym z ostatnich miejsc napojów bardziej lub mniej rozluźniających. W miarę dojrzewania oswajam się powoli z piwem pszenicznym, szczególnie w upały, które minęły na czas jakiś, zapewne dłuższy niż krótszy. Do piw innych niż pszeniczne nie przekonałam się nadal. Od dziecka nie lubię goryczy, pszeniczne na szczęście jej nie ma za wiele.
Czego się dowiedziałam o tym gatunku...
Na przykład, tego że piwo po "kręceniu szklanką" przez ok. 20 sekund odkrywa przed nami wyraźnie wyczuwalne nuty zapachowe (np. cytrusy). Że pszeniczne pieni się bardzo, bo pszenica ma inny układ białek. Że nadaje się świetnie do wędzonych przystawek (np. sera wędzonego). Ja zawsze lubiłam je do ostrych potraw, acz znawca polecał do nich Lagera Czerwonego. Ot niespodzianka. Również temperatury serwowania piwa różnią się w zależności od gatunku. Najchłodniejsze podaje się piwo pszeniczne: ok. 1,4 st. C, Czerwony Lager 2,5 st C, a najmniej schłodzone piwo ciemne: 4,7 st C.

To ostatnie piwo interesowało mnie jednak w zupełnie innych celach niż gaszenie pragnienia. Jednym z moich ulubionych ciast jest piernikowa babka na Guinessie. Jadłam ją w kilku wydaniach zrobioną przez Liskę.  Z pewnością wypróbuję Ciemne Łagodne w tym przepisie. Chyba, że ktoś zrobi to przede mną i podzieli się doświadczeniem.

Po degustacji płynów zaczęło się ostre gotowanie według przepisów Tomka Jakubiaka. Ile osób tyle potraw. Zdecydowanie za dużo. Ani nie dało się wszystkiego spróbować, ani podpatrzeć co gotują inni. Wybrałam sobie na warsztat gulasz jagnięcy duszony w ciemnym piwie z dodatkiem ziaren kawy. To był pierwszy wykonany gulasz w moim życiu. Mięsa wolę zdecydowanie w krótkiej obróbce termicznej. Smak był ciekawy. Gorycz piwa trochę mi przekadzała, ale dla osób na ten smak mało wrażliwych, potrawa godna polecenia, choć najmniej fotogeniczna.:) Przepis znajdziecie na załączonym filmie.

video

October 11, 2012

MALINA • WERBENA • PRASÓWKA czyli jak przetrwać zimno

Rozpieszczona polską wiosną i latem, a nawet kawałkiem jesieni, z trudem przystosowuję się do jesiennych temperatur. Choć widoki powalają na kolana, zdecydowanie wolę kiedy mi za gorąco niż za zimno.

Robię więc przetwory rozgrzewające, głównie nalewki, w celach leczniczych i prewencyjnych oczywiście. Na patelnie dostały się też maliny. Ponieważ zawsze lubię coś dodać, tym razem poszłam w moje ulubione zioło: werbenę cytrynową. Wyhodowałam ją sama z małej sadzonki kupionej w szkółce. W poprzednich sezonach bez problemu była dostępna u Państwa Jabłońskich, o których można przeczytać w najnowszym numerze FOOD&FRIENDS. Dla mieszkańców Francji, zdobycie werbeny nie powinno być trudne.  Tam jest tak popularna jak nasza melisa.

Mam jeszcze zaległy numer Jamiego. Temat przewodni to też lekarstwo na zimno: WE LOVE CURRY czyli wszystko o kuchni indyjskiej i jej wpływach na kuchnię angielską (Jamie's classics wirh a spicy twist). Ten numer jest bardzo dla mnie ;)

MALINY Z WERBENĄ
(przepis własny)

500 g malin
70-100 g cukru trzcinowego (w zależności od słodkości malin)
kilka kropel soku z limonki (dozować na smak)
4 gałązki werbeny cytrynowej

• maliny poddusić na patelni z cukrem przez ok. 10 minut
• dodać całe gałęzie werbeny (ok. 20-25 cm) i dusić na bardzo małym ogniu
• odstawić na godzinę, żeby było więcej aromatu
• po godzinie usunąć gałęzie werbeny
• w razie potrzeby dodać odrobinę soku z limonki
• zagotować i przełożyć do wyparzonych słoików
• zakręcić natychmiast i obrócić do dołu wieczkiem
• po 30 minutach można słoiki postawić normalnie i powinny być prawidłowo zawekowane :)

Podaję do lodów lub wyjadam łyżką.

Ciepła życzę.

October 7, 2012

ZGRANY DUET JESIENNY - GRZYBY W ŚMIETANIE Z PUREE Z ŻÓŁTYCH ZIEMNIAKÓW

Po dwutygodniowych wojażach wróciłam do mojej kuchni. Moja ulica zupełnie nie przypomina tej sprzed wyjazdu. Kolorów więcej niż w Bieszczadach. Zanim napiszę relację z wyprawy, po wyjątkowo udanej wizycie na targu, ulubiony duet jesienny:
Podgrzybki w śmietanie z puree z ziemniaków (koniecznie żółtych).
Kiedy niedawno odwiedziłam moje rodzinne miasto, zobaczyłam, że w miejscowych warzywniakach nikt nie sprzedaje IRGI... bezdusznej i białej. Wyraziwszy swój zachwyt nad innymi odmianami ziemniaka o żółtym kolorze, sprzedawca z grymasem burknął: "Irga? Pani – to tylko Warszawa jada!" I miał on rację. Irga jest królową warszawskich bazarów i warzywniaków. Z trudem znajduję na moim targu Lorda czy Bryzę. Dziś się udało i jest mój jesienny obiad idealny.

PODGRZYBKI W ŚMIETANIE Z PUREE ZIEMNIACZANYM

GRZYBY
łyżka masła, pół łyżki oleju słonecznikowego lub z pestek winogron
0.3 kg podgrzybków najlepiej niedużych
150 g śmietany 18% kwaśnej
pół pęczka natki pietruszki
1 cebula
sól

• grzyby oczyścić
• na patelni rozgrzać masło z olejem
• cebulę pokroić w kostkęi podsmażyć na złoto
• dodać grzyby pokrojone w ćwiartki
• posolić i dodać tymianek i dusić ok. 10-15 minut
• gdy będą miękkie dodać śmietanę, zamieszać i lekko podgrzać
• podawać z natką pietruszki

ZIEMNIAKI
0,5 kg ziemniaków (koniecznie żółtych :)
50 g śmietany 18% kwaśnej
pół łyżeczki tymianku
pół pęczka  koperku
pół łyżki masła
sól

• obrane ziemniaki obrać i pokroić w kostkę
• zagotować w osolonej wodzie
• odcedzić
• zagnieść ze śmietaną i masłem
• podawać z koperkiem... i grzybami :)

Czasem kombinowanie w kuchni jest niepotrzebne. Szczególnie jesienią ;)

September 18, 2012

BERLIN, FOTOGRAFIA, MODA i 100 LAT


Dzisiaj zdecydowanie nowości z działu ILLU. Mam tak dużo pracy, że nie wyrabiam się zupełnie z wpisami, a wrażeń mam na kilka tygodni. W sobotę też kolejne fotokulinaria, a ja wciąż nie mogę się zdecydować co ugotować uczestnikom. Żywienie zbiorowe jest wielkim wyzwaniem, szczególnie grupy o wyrafinowanym podniebieniu. Planuję w sobotę rano mój targ. Zamówiłam już pomidory u rolnika i  na pewno będzie coś w czerwieni.

Berlin, to jedno z moich ulubionych miast na kulturalne wypady weekendowe. Tak też było tym razem. Mimo skrupulatnych notatek, kompletnie pomyliłam godziny otwarcia Martin Gropius Bau i przegapiłam, podobno świetną, wystawę Diane Arbus. Dla tych, którzy są na miejscu i jeszcze nie zobaczyli – wystawa czynna do 24 września.

W Camera Work, którą bardzo lubię jako miejsce,  wystawa Romney Müller-Westernhagen, żony niemieckiej wersji Stana Borysa. Niestety fotografie  daleko odbiegały od poziomu prezentowanych tam zwykle prac. Na szczęście wkrótce zmiana ekspozycji.

Perełką absolutną okazały się dwie główne wystawy miejscu bardzo ważnym na fotograficznej mapie Berlina, Co-Berlin. Edward Burtynski (niestety wystawa już zamknięta), artysta pochodzący z Kanady, którego prace świetnie imitują realistyczne malarstwo i zupełnie były przeze mnie dotychczas ignorowane. Błąd! Burtynski od lat, dokumentuje krajobrazy industrialne, miejskie, ale też przyrodę (co odkryłam dopiero podczas wystawy). Duże wydruki, które robią naprawdę piorunujące wrażenie nie były z pewnością przerostem formy nad treścią. To przykład artysty, bardzo konsekwentnego, który w całej swej twórczości opisuje cenę naszych współczesnych wygód, którą  płaci za nas matka natura. Paradoks polega na tym, że obrazy autora są tak piękne i estetyczne, że nie postrzegamy ich jako odwzorowanie swojego niszczenia świata. Mało tego, chętnie patrzyłabym na wielki parking pod supermarketem powieszony w moim pokoju... Wystawa jest jedną z niewielu z dziedziny fotografii, które tak bardzo oddziaływują w oryginale. Tego co widziałam w galerii nie odda żaden album, wirtualne muzeum, ani galeria prac w internecie. Podobne odczucia miałam tylko raz, po obejrzeniu wystawy Ivana Pinkavy w praskim Rudolfinum w 2004 r. To trochę tak jak z genialną literaturą, która istnieje w pełnym wymiarze tylko w swoim medium i nie da się z niej zrobić dobrego filmu (najlepszym przykładem jest "Nieznośna lekkość bytu" Kundery, zmasakrowana w 1988 przez Philipa Kaufmana (reżysera Indiana Jones!). Czytając tę książkę, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie da jej się przełożyć na film. I na razie się nie udało ;)

Erwin Blumenfeld. American Vogue. March 1945 © Conde Nast
CO-BERLIN w sezonie letnim zapewniło wyjątkowe atrakcje. W połowie sierpnia otwarto tam wystawę 100 lat fotografii mody od Man Raya do Mario Testino. Wystawa otwarta do 28 października jest absolutnym "must see", nawet jeśli będzie trzeba się wybrać specjalnie w tym celu do stolicy Niemiec. Swoją drogą kulinarnie bardzo interesującej, więc nie powinien to być wyjazd stracony. W kilku salach obejrzeć możemy obrazy z lat dwudziestych, potem odkryć lata czterdzieste, które zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, aż do czasów współczesnych. Przeskok z mało kreatywnego odwzorowania rzeczywistości, w niezwykle graficzne koncepcje obrazu z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, gdzie moda była inspiracją, pretekstem do stworzenia prawdziwych graficznych dzieł, takich jak zdjęcia: Erwina Blumenfelda z 1945 roku i Clifforda Coffina z 1949 roku.
Clifford Coffin. American Vogue. June 1949 © Conde Nast
Takiej kreatywności już chyba nigdy potem nie było w świecie fotografii mody i patrząc na wysiłki obecnych twórców, szybko się nie powtórzą. Moda jest zupełnie poza moimi zainteresowaniami, a jednak, wystawę tę uważam za jedną z najlepszych jakie widziałam. To niepowtarzalna okazja, aby zobaczyć Man Raya, Edwarda Steichena, Irvinga Penna, Diane Arbus, Alberta Watsona, Petera Lindberga, Helmuta Newtona i wiele innych legend fotografii oraz kilka bardzo starych wydań Vouge'a. Ta wystawa to też dowód na to jak bardzo spadła jakość projektowania, konceptu i kanonu kobiecego piękna... im bliżej naszych czasów tym gorzej.

Wrzesień to piękny miesiąc na weekend w Berlinie. Przy okazji można poszwędać się w okolicach Kolvitz Platz na Prenzlauer Bergu, a na Mitte pójść do słynnego Monsieur Vuonga lub  wypić drinka na tyłach industrialnych budowli w ekskluzywnym klubie nocnym i niezłej restauracji Spindler un Klatt nad rzeką w dzielnicy Kreuzberg.
© Margotka • Illucucina
800 metrów od niej jest bardzo alternatywna w wyglądzie i ze znakomitym jedzeniem, włoska restauracja "w stylu Kreuzberg", Die Goldene Hahn. Otwarta tylko wieczorami. Rezerwacja bardzo wskazana.

CO-BERLIN w budynku starej poczty na Mitte obok pięknej synagogi
Postfuhramt
Oranienburger Straße 35/36
10117 Berlin

Pozostałe adresy pod linkami w tekście. 

Zdjęć tym razem niewiele, ale nie na fotografii świat stoi :)

September 4, 2012

POMIDOROWY ZAWRÓT GŁOWY I ZAPASY NA ZIMĘ

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

Gotowanie zdecydowanie mnie relaksuje. To  mój najlepszy sposób na stres i odreagowanie. Jest jednak wyjątek... Kiedy przychodzi wrzesień, a ja na gwałt robię zapasy na zimę. Moja kuchnia wygląda jak po wybuchu (bomby pomidorowej), zużywam jeden fartuch dziennie, manicurzystka powinna wtedy brać ode mnie podwójną stawkę, a mój towarzysz ma zakaz zbliżania się do kuchni, a komentarze na temat stanu mojego miejsca TFUrczości kończą się dla niego bardzo niekorzystnie.

Takiej wiosny i lata w Polsce nie pamiętam w całym swoim, niekrótkim już, życiu. Co tydzień myślę, że pogoda jest zbyt piękna, żeby trwała i tak co tydzień ;) Wrzesień zaczął się wyjątkowo onirycznie. Każda część obejścia mojego domu pachnie inaczej. Najintensywniej od strony zdziczałego sadu sąsiadów, gdzie wkrótce będę miała aromaty cydru made in Poland.

Ta aura, temperatura i słońce w dużej ilości są odpowiedzialne za jakość pomidorów.
Na targu u moich dwóch ulubieńców kilka gatunków i każdy tak słodki i dojrzały, że po raz pierwszy prawie nie dosładzałam sosów. Zrobiłam sosy "grubo ciosane"z podłużnych paprykowych i bawolich serc. Skóra schodziła sama bez parzenia. Z tradycyjnych gruntowych, przepuszczonych przez sito do sosów,  powstał materiał na wszystko co można w nich zimą udusić. Przerobiłam 25 kilo!

Przepis na pomidory znajduje się pod tym linkiem. W tym roku, dodałam jeszcze drobno posiekaną cebulę cukrową, którą udusiłam na samym początku na oliwie i zrezygnowałam z wina. Przede mną dzień odgruzowywania kuchni, ale spiżarnia pełna.

Ostatnia chwila na ogórki. Udało mi się kupić ostatni rzut gruntowych i mam już ponad 20 słoików kiszonych dziadka Kazika, które bardzo polecam. 

Jutro Szczecin, moje miasto. Nie byłam prawie dwa lata... Wstyd! Ciekawe co się zmieniło i czy nadal pieką mój ulubiony chleb. Szczerze mówiąc nawet nie wiem co miałabym w Szczecinie polecić kulinarnie... Mama mi wtedy gotuje ;)

Jeśli robić pomidory to teraz, natychmiast. Potem będą tylko z chłodni. Takie lato może się szybko nie powtórzyć, więc do garów! Przy okazji stałam się jeszcze bardziej ekologiczna, bo wykorzystałam prawie wszystkie słoiki po kupnych specjałach. Bazylia z własnego warzywnika, cytrynowa, wysiana z nasion kupionych w dużym markecie. Polecam na przyszły rok. 

A to moje motto na zimę wyryte z sercem przez I LOVE NATURE :) 
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

August 31, 2012

KINO KULINARNE, POZNAŃ I WARSZTATY KULINARNE

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Poznań jest mi bliski z wielu powodów. Ukochana ciocia, studia, Festiwal Malta, najlepsza szarlotka w Gołębniku przed laty, lata spędzone w ciemni, wiele rozmów o fotografii w Galerii PF, gdy jeszcze prowadził ją jej twórca Janusz Nowacki, niezastąpione DKFy (zawsze z dylematem ile filmów można wytrzymać jednego wieczora siedząc na schodach sali wykładowej) i jedna bardzo chybiona miłość. Mimo, że blisko, w ostatnich latach do Poznania było mi nie po drodze. Aż do tego lata, a wszystko za sprawą Międzynarodowego Festiwalu Filmu i Muzyki Transatlantyk, którego pomysłodawcą i twórcą (wraz z ogromną liczbą entuzjastów i fachowców) jest Jan A.P. Kaczmarek.

Festiwal przyciągnął mnie przede wszystkim programem kina kulinarnego, prezentowanego przy współpracy z Berlinale. W tym roku w ramach cyklu – pięć filmów:
SMAKI MUZYKI B.S.O. (MUGARITZ B.S.O.)
KUCHNIA RODZINY BRAS (ENTRE LES BRAS)
JEROZOLIMA NA TALERZU (JERUSALEM ON A PLATE)
DANIE MIŁOŚCI - JOYFUL REUNION
OMA I BELLA

Po każdym seansie inne menu autorstwa Krzysztofa Rabka z poznańskiej restauracji HUGO, o której już pisałam.

ENTRE LES BRAS:
Od dawna fascynuje mnie droga Michela Bras, "prowincjonalnego" francuskiego szefa kuchni, cenionego przez krytyków Michelina, ale też przez kolegów z branży. Dokument o nim "Inventing cuisine", w reżyserii Paula Lacoste'a, widziałam kilka lat temu i od niego zaczęło się moje śledzenie korzeni artystów kulinarnych.


W ramach festiwalu, pokazano film będący kontynuacją wspomnianego dokumentu, traktujący o przekazywaniu restauracji synowi (Sebastien Bras). Bardzo się cieszę, że miałam za sobą wcześniejszy film Lacoste'a, choć i bez niego można się cieszyć "Entre les Bras". Film nie tyle o kuchni, co o pokoleniach, bliskości z naturą, wartości rodziny i jej roli w pracy opartej na pasji. Moja ulubiona scena to impreza po winobraniu, gdzie miejscowi bawią się przy stołach z ceratą, racząc się młodym winem, a wsród nich śmietanka gwiazdkowych szefów kuchni francuskiej m.in. Pierre Gagnaire i Olivier Rollinger. Nie wiem jakie będą losy dystrybucji tego dokumentu w Polsce, ale na pewno warto go poszukać. Pierwszy film jest do obejrzenia na YouTube w 4 częściach.


Chapeau bas dla organizatorów i kucharzy, którzy na oczach widzów przygotowywali ponad sto porcji każdego dania. Menu każdego dnia było inspirowane filmem. Mnie przyszło testować menu GENERATION:
KRÓLIK, MARYNOWANA CUKINIA Z EMULSJĄ Z ZIELONEJ PIERTUSZKI
MAKRELA, PIKLOWANA CZERWONA CYKORIA Z WIŚNIAMI
CIELĘCINA, WĘDZONY SZPIK Z GRILLOWANYM SELEREM
OWOCE LASU, MŁODE ORZECHY LASKOWE Z GRANITĄ SZCZAWIOWĄ
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Najbardziej przypadła mi do gustu cielęcina, choć Krzysztofa Rabka wolę w kuchni jaką serwuje w HUGO. Ta zbyt mocno przypominała mi obecne trendy, ale i tak bardzo jestem pod wrażeniem jego pracy i całego wydarzenia, bo widzieć tylu entuzjastów kuchni przy pracy, to czysta przyjemność (był wśród nich nawet Piotr Piatek, czyli nasz człowiek z rodowodem z NOMY). I nie było w akcji "przy garach" ani jednej kobiety...

Poza wspomnianym "Entre les Bras" obejrzałam jeszcze "Jerozolimę na talerzu" czyli podróż Yotama Ottolenghi, znanego londyńskiego szefa kuchni, do rodzinnego miasta. Pod względem filmowym, nie jest to dzieło wybitne, sam bohater irytujący stylem bycia i mowy, mocno zamerykanizowanym (nie wiem czemu, bo żyje w Londynie!), ale kulinarnie film bardzo ciekawy.

Udało mi się zobaczyć jeszcze dwa filmy niekulinarne, choć blisko, bo o miłości. Pierwszy, "La vie d'une autre" ze świetną obsadą (Juliette Binoche i Mathieu Kassovitz), zupełnie mnie nie zachwycił. Reżyserowała go Sylvie Testud, bardzo ceniona aktorka francuska, która chyba powinna przy graniu pozostać. Zupełnie nie udźwignęła roli reżysera, a nawet genialną Juliette pokierowała tak, że trudno  było ją znieść na ekranie. Kassovitz się uchronił i wciągnął mnie jak zawsze, ale nie uratował filmu.

Drugi film "Cafe de Flore" z francuskiej części Kanady, zdecydowanie miał to coś. Świetnie zagrany i od pierwszej chwili chwytający za trudny do zlokalizowania organ. Dawno nie widziałam tak przekonujących spojrzeń i chemii "udawanych" przed kamerą. W jednej z ról (matki chłopca z zespołem Downa) Vanessa Paradis. Nie jest to może wielkie kino, ale takie, po którym mi dobrze.

O Transatlantyku i kinie kulinarnym pisało kilka blogerów m.in. Smaklick. Mijaliśmy się nieświadomie, obijając się obiektywami :)

Moja relacja fotograficzna z festiwalu na profilu Illucucina na Facebooku


Poznań ma bardzo wiele do zaoferowania. Zazwyczaj ląduję w Zielonej Werandzie na Paderewskiego 7, głównie ze względu na wystrój i atmosferę, ogródek jak z bajki, pyszne koktajle i napoje. W Werandzie wystrój jest zmienny, najczęściej z papieru, prosty i z pomysłem. Ten na zdjęciu powyżej sprzed kilku sezonów.
Nie mam już tyle entuzjazmu do dań, choć ich strona estetyczna jest zawsze imponująca i z pewnością wyróżnia się na tradycyjnym gruncie wielkopolskim. Karta długości książki, więc zawsze biorę to samo :)
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

Właścicielka otworzyła nową Werandę w Starym Browarze, która znowu zachwyca wystrojem i klimatem. Karta podobna. Polecam lemoniadę pietruszkową. 

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Odkryliśmy nowe miejsce, bardzo ważne na kulinarnej mapie Poznania inspirujące do kreatywnego spędzania czasu wolnego. SPOT łączy ze sobą design, kuchnię, miejsce warsztatów dla dzieci i dorosłych. Wkrótce być może ogłosimy pierwsze w Poznaniu fotokulinaria. Rozmowy trwają. Tymczasem warsztaty fotografii kulinarnej dla blogerów i entuzjastów dobrego jedzenia i jego apetycznego utrwalania już 22 września w Warszawie. Zapisy jeszcze trwają. Zapraszam! Ja gotuję ;) Czytelnicy Food & Friends znajdą w ostatnim numerze niespodziankę warsztatową. 


Odwiedziliśmy też okolice sentymentalne, czyli Puszczykówko, ze starą stacją kolejową, gdzie za szlabanem można zjeść najsłynniejsze lody, o których mogę powiedzieć tylko, że takiej koncentracji chemii nie jadłam w całym swoim życiu. Potem się dowiedziałam, że powinnam była zjeść lody "puscane", ale chyba już nie zaryzykuję;)
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

August 12, 2012

Pasta z szyjkami rakowymi z limoncello i Mamma Marietta

Rzadko mi się zdarza w Polsce trafić na miejsca, które zachwycają mnie wystrojem, atmosferą i jedzeniem w równym stopniu. Mam wrażenie, że knajpy dzielą się na te, w których warto lub przyjemnie bywać i na te, do których się idzie zjeść. Dzisiaj odkryłam miejsce, dawno "och i achowane" przez świat kulinarnej blogosfery. Jak zwykle z dystansem i z obawą, że znów ktoś przesadził z zachwytem... Poszłam głodna, bardzo głodna po mocno rozczarowującym panelu dyskusyjnym na temat polskiego projektowania graficznego (proszę nie mylić z jakością PRINT CONTROL publikacji, której wydarzenie towarzyszyło).

Wnętrze Mamma Marietta zgodne z opisem w licznych recenzjach: prosta włoska knajpa bez specjalnego uroku wizualnego.  Chyba sześć stolików. Oświetlenie dla mnie do zmiany, ale mogę zaciskać zęby codziennie, żeby tylko się u nich stołować.
Powody:
1. Właściciel Włoch, który cały czas obsługuje gości lub dogląda (uwielbiam dyskretną obecność autorską - ostatnio doświadczyłam jej w Butchery and Wine) – narodowość właściciela podwaja zadowolenie ;) Pomaga mu przemiła dziewczyna z wielkim wdziękiem i sprawnością (mój talerz z pustymi muszlami, został wymieniony na nowy w mgnieniu oka, zanim o tym pomyślałam)
2. Owoce morza: Jak wiadomo trudno w Polsce o frutti di mare pierwszej jakości i świeżości przygotowane z duszą. Moje linguine z owocami morza były tak dobre jak te, które zrobiła mi prawdziwa włoska mamma, Maria, w meksykańskiej wiosce :) Nie czułam rozmrożonych krewetek, ani małż. W dodatku makaron w proporcjach 1 do 3 w stosunku do owoców morza będzie mi się śnił po nocach. Dowód na końcu postu; choć zupełnie haniebne zdjęcie, ale to też wina fatalnego oświetlenia w wnętrza (w widmie przerywanym trudno się odnaleźć fotograficznie :).  Zjedliśmy również ośmiornicę z grilla. Podobno tak pyszną jak w Meksyku. Na koniec sorbet mandarynkowy. Poezja.

Ceny adekwatne.

Zdecydowanie jest to miejsce dla tych, którzy wolą dobrze zjeść niż bywać.

Będę wpadać minimum dwa razy w miesiącu, co jak na dzikusa ze wsi jest wielkim wysiłkiem.
W pozostałe dni będę się zadowalać własną twórczością makaronową, a najchętniej ostatnim wytworem Illucucina: tagliatelle z szyjkami rakowymi z mocną cytrynową nutą. Chyba wreszcie przebiłam swoją ulubioną dotąd pastę. Cytrynowy aromat stał się moją obsesją. Pomoże mi przetrwać zimę.
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
TAGLIATELLE Z SZYJKAMI RAKOWYMI Z CYTRYNOWĄ NUTĄ W RÓŻOWYM SOSIE
(przepis bardzo własny)
porcja dla 2 osób z dużą ilością sosu, którego zawsze mi mało

• 180 g tagliatelle
• 1 cebula
• 1 łyżka oliwy cytrynowej
• sól morska
• 300-350 g pomidorów malinowych lub bawole serca
• 1 łyżeczka cukru trzcinowego
• skórka z jednej dużej cytryny lub nawet 1,5
• 20 ml limoncello
• 250 g szyjek rakowych
• 100 ml śmietanki 30%
• garść bazylii cytrynowej

– cebule pokroić w drobną kostkę i zeszklić na oliwie cytrynowej
– dodać pokrojone w większą kostkę, obrane pomidory
– posolić i dusić kilka minut (sos nie może być wodnisty)
– wrzucić rozmrożone szyjki rakowe
– dodać limoncello, skórkę z cytryny i odrobinę cukru (jego ilość zależy od kwaśności pomidorów, cukier ma tylko wyważyć kwasowość)
– dolać powoli śmietanę
– w międzyczasie ugotować makaron
– wrzucić tagliatelle na patelnię do sosu, wymierzać szybko i podawać z bazylią cytrynową

Myślę, że równie dorze pasta będzie smakowała z krewetkami, jeśli szyjki rakowe będą trudno dostępne. Te jednak muszą być surowe (szare), a nie wcześniej gotowane (różowe).

Buon appetito!

August 3, 2012

TARTA MIGDAŁOWA Z MORELAMI I TYMIANKIEM

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Tarta czy ciasto? Nieważne... Ważniejsze, że skórka tarta i tymianek cytrynowy własnej produkcji, że ciasto zniknęło dość szybko, choć był to stuprocentowy eksperyment...
Ciasto nie jest zbyt mokre, ale całkiem niezłe. Dla doświadczonych: można dodać 1-2 łyżki jogurtu, żeby było bardziej wilgotne. Wypróbuję następnym razem. Im większa foremka tym będzie lepsza proporcja moreli i ciasta. Nie za słodkie, nie za tłuste :)

Połączenie moreli i tymianku nie jest zbyt nowatorskie, ale zawsze sprawdzone. Często robię słoiki z morelami z tymiankiem i cukrem zamiast tradycyjnych konfitur morelowych. 

Copyright • Margotka • ILLUCUCINA

TARTA MIGDAŁOWA Z MORELAMI I TYMIANKIEM CYTRYNOWYM
(przepis własny)

• 110 g cukru
• 3 jaja
• 150 g mąki pszennej
• 180 g tartych migdałów
• szczypta soli
• 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia (5-6 g)
• 35 g miękkiego masła
• skórka otarta z 2 cytryn
• kilka gałązek tymianku (użyłam cytrynowego)
• 0,5 kg moreli
• cukier trzcinowy do posypania
• olejek pomarańczowy i cytrynowy

– cukier i jaja ubiłam mikserem na bardzo puszystą pianę
– pozostałe suche składniki wymieszałam w osobnej misce i dodałam do jajek z cukrem
– utarłam ręcznie
– dodałam parę listków tymianku, skórkę cytrynową, parę kropel olejków i bardzo miękkie masło
– dalej utarłam ręcznie tak, aby masło dobrze się połączyło
– dużą formę do tart wyłożyłam papierem do pieczenia
– wyłożyłam masę i wcisnęłam do dna  połówki moreli skórą do dołu
– posypałam świeżym tymiankiem dla dekoracji i obficie posypałam cukrem trzcinowym wierzch ciasta (najwięcej morele)
– piekłam ok. 50 minut w piekarniku na termoobiegu na 175 stopni (do suchego patyczka)

Jeśli ktoś wypróbuje z jogurtem i będzie nadal OK bez zakalca, proszę o feedback ;)
Copyright • Margotka • ILLUCUCINA
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts