ILLUCUCINA
January 23, 2012
January 19, 2012
KURCZAK SŁODKO ORIENTALNY NADZIEWANY KASZĄ KUSKUS Z FIGAMI
Kurczak zagrodowy, duży garnek żeliwny, szpryca, przyprawy, przyprawy, przyprawy... i zima jest lżejsza.
To był szał TFUrczy spowodowany głodem. Po 1,5 godziny nagroda przeszła moje wszelkie oczekiwania. Następnym razem na pewno zamarynuję mięso na kilka godzin przed pieczeniem, ale nawet bez marynowania wyszło obłędnie.
KURCZAK SŁODKO-ORIENTALNY NADZIEWANY RAZOWĄ KASZĄ KUSKUS Z FIGAMI
(przepis bardzo własny :)
• 1 cały kurczak zagrodowy ok. 1,5 kg
marynata:
• 1 łyżeczka mielonego imbiru
• 1 łyżeczka cynamonu
• 2 łyżeczki zmielonej świeżo kolendry
• szczypta gałki muszkatołowej
• 2 łyżki soku z cytryny
• skórka z 1 cytryny
• łyżeczka grubej soli morskiej
• 7 ziaren kardamonu
• 1 łyżka estragonu
• 4 łyżki konfitury figowej
• 150 ml gorącej wody
* wersja na ostro: pieprz cayenne
ETAP I:
* jeśli kurczaka będziemy piec natychmiast, należy wstawić garnek żeliwny na co najmniej 20 minut do piekarnika (220 stopni - termoobieg), żeby bardzo się nagrzał
– konfiturę mieszam z wodą, żeby się rozpuściła
– wszystkie składniki mieszam i dodaję do mikstury figowej
– kurczaka najlepiej zalać miksturą i wstawić do lodówki na co najmniej godzinę
– zamarynowanego kurczaka przełożyć (z całą marynatą) do bardzo nagrzanego garnka żeliwnego – piersią do dołu i wstawić do nagrzanego piekarnika na 220 stopni (termoobieg)
– piec 30 minut pod przykryciem
W międzyczasie przygotować kuskus:
KUSKUS FIGOWY Z PRZYPRAWĄ PIERNIKOWĄ
• łyżka masła
• 4 duże miękkie suszone figi
• 3 średnie marchewki
• sól
• łyżeczka przyprawy do pierników
• 200 g kaszy kuskus (użyłam razowej)
• 500 ml domowego bulionu z kurczaka lub indyka (zawsze mam zamrożony, choć najlepszy jest świeży)
opcja: 50 ml słodkiego różowego wina mołdawskiego (Traminer)
ETAP II:
– na patelni rozpuściłam masło i dodałam przyprawę do pierników
– wrzuciłam marchewkę startą na grubych okach
– dodałam figi pokrojone w kostkę
– kiedy marchew i figi są lekko podduszone dodałam suchą kaszę
– chwilę podsmażyłam, zalałam gorącym rosołem i dodałam wino
– wyłączyłam płytę indukcyjną i przykryłam kaszę
– mieszałam dwa razy aby kasza się nie posklejała
ETAP III:
– obracam kurczaka na plecy;)
– nadziewam częścią kaszy (to co zostanie będzie dodatkiem do kurczaka)
– piekę pod przykryciem 10 minut
– zdejmuję pokrywkę i piekę w temperaturze 200 stopni przez kolejne pół godziny polewając kurczaka co 7-10 minut (używam szprycy bez końcówki).
– na końcu nacięłam odrobinę pierś, żeby sprawdzić czy jest upieczona i jeszcze 5 minut piekłam polewając dalej (szczególnie nacięcie)
Podawałam z resztą kuskus, sos podałam osobno, ale szybko wyszedł ;)
Kasz z wnętrza kurczaka jest najlepsza, szczególnie jeśli też się to nadzienie polewało w trakcie pieczenia.
Jeśli sos będzie parował zbyt szybko, można podlać odrobiną wody albo takim winem jakiego użyłam do kaszy.
January 14, 2012
WEEKENDOWY PRZEGLĄD PRASY
Zima idzie, wiatr szaleje po polu przed moim domem, klikam od 20 minut w ekran i znowu mam wrażenie, że niczego tam nie znajduję. Życie może upłynąć na wchodzeniu w kolejne portale, blogi... A tona książek czeka przy kominku – o prasie nie wspomnę.
Wczoraj przyszedł do mnie pierwszy numer JAMIE MAGAZINE. Zaprenumerowałam go zupełnie bez namysłu, ale przyznaję poddałam się okazji. Na Taste of Christmas, stoisko z magazynem, nie tylko oferowało do prenumeraty rocznej po 3 numery i książkę Jamiego, ale, co najważniejsze, na pytanie czy wyślą mi magazyn do Polski... usłyszałam odmowę... a za chwile podszedł sam wydawca, zmarszczył czoło i powiedział: "Sure, we can do it!". Nabazgrał adnotację z personalną aprobatą nieopłacalnej transakcji (dla wydawcy oczywiście) i w ten sposób zostałam szczęśliwą posiadaczką pierwszego numeru Jamie Magazine. Przepisów Jamiego właściwie nie próbuję z powodu braku subordynacji kulinarnej. Lubię natomiast jego estetykę w designie i fotografii. David Loftus, który od lat fotografuje wszystko co Jamie ugotuje i gdzie Jamie nie pojedzie, wpisał się już na stałe na listę jednych z lepszych fotografów kulinarnych. Jego charakterystyczny prosty i naturalny lecz bardzo świadomy styl, ma wielu fanów. Sam David Loftus w tym numerze mówi o podstawowych błędach obecnych trendów fotografii (np. nieświadome operowanie małą głebią ostrości) i o tym, jakich dań nie lubi fotografować (tych z 3 gwiazdkami Michelina :). Spora część magazynu poświęcona jest fotografowaniu smartphone'ami.
Bez przekonania kupiłam styczniowy numer KUCHNI i tu niespodzianka. W tym cienkim przedmiocie, znalazłam co najmniej połowę zawartości godną uwagi.
Po pierwsze wywiad z moim ulubieńcem Nigelem Slaterem, z którego zapamiętam, że "gotowanie dla bliskiej osoby jest wyznaniem miłości". To mi dało do myślenia czy wyznanie dwa do trzech razy dziennie nie jest przesadą. Zdanie to tłumaczy też mój upór w ciągłym proponowaniu "ugotuję Ci coś" mojej przyjaciółce, choć ona ani jedzenia nie utożsamia z nagrodą, ani nie żyje żeby jeść.
Po drugie świetny artykuł o kolejnym kulinarnym zakątku Berlina – Simon-Dach-Strasse.
Po trzecie, ciekawy felieton Ludwika Lewina o maśle. Powinnam tu zakończyć bo najbardziej lubię 3 i 7. Dobrnę jednak do punktu czwartego, zdecydowanie najlepszego, a mianowicie błyskotliwej wymiany myśli i zdarzeń między Tadeuszem Pióro i Markiem Bieńczykiem. Ten drugi (ostatni będą pierwszymi Panie Marku), od dawna wzbudza mój podziw, z powodu elegancji używania języka (nie tylko do degustacji win), wielkiej erudycji i cechy, bez której nie da się z nikim przetrwać na dłuższą metę – poczucia humoru. Ostatnio wpadłam w lekkie zmieszanie przeczytawszy artykuł o Rolandzie Barthesie w magazynie "KSIĄŻKI". Poczułam, że moja erudycja leży daleko od Paryża, w nienajlepszym regionie globu, ale i tak tekst Marka Bieńczyka przyniósł mi wiele przyjemności. Cieszę się więc, że taki erudyta potrafi pogadać o króliku, koniu i podbojach miłosnych w sposób dla mnie zrozumiały i rozbawić mnie do łez. Odetchnęłam też z ulgą, że tej konwersacji nie czytałam w środkach komunikacji publicznej.
FOOD&FRIENDS zaprenumerowałam bez żadnych oporów. Gdy kupowałam drugi numer, myślałam, że szybko skończą im się pomysły na materiał i miejsca rodzime. Cieszę się, że nie miałam racji. Magazyn trzyma poziom i co dla mnie ważne, jest bardzo estetyczny, równy poziomowi skandynawskiego designu. W numerze świątecznym również Berlin, choć inaczej, ale bardzo tam dużo ciekawych adresów, wywiad z Amaro i sporo "gwiazdkowych" przepisów (tu mam na myśli poziom skomplikowania potraw oczywiście).
Miłego weekendu bez internetu ;)
Wczoraj przyszedł do mnie pierwszy numer JAMIE MAGAZINE. Zaprenumerowałam go zupełnie bez namysłu, ale przyznaję poddałam się okazji. Na Taste of Christmas, stoisko z magazynem, nie tylko oferowało do prenumeraty rocznej po 3 numery i książkę Jamiego, ale, co najważniejsze, na pytanie czy wyślą mi magazyn do Polski... usłyszałam odmowę... a za chwile podszedł sam wydawca, zmarszczył czoło i powiedział: "Sure, we can do it!". Nabazgrał adnotację z personalną aprobatą nieopłacalnej transakcji (dla wydawcy oczywiście) i w ten sposób zostałam szczęśliwą posiadaczką pierwszego numeru Jamie Magazine. Przepisów Jamiego właściwie nie próbuję z powodu braku subordynacji kulinarnej. Lubię natomiast jego estetykę w designie i fotografii. David Loftus, który od lat fotografuje wszystko co Jamie ugotuje i gdzie Jamie nie pojedzie, wpisał się już na stałe na listę jednych z lepszych fotografów kulinarnych. Jego charakterystyczny prosty i naturalny lecz bardzo świadomy styl, ma wielu fanów. Sam David Loftus w tym numerze mówi o podstawowych błędach obecnych trendów fotografii (np. nieświadome operowanie małą głebią ostrości) i o tym, jakich dań nie lubi fotografować (tych z 3 gwiazdkami Michelina :). Spora część magazynu poświęcona jest fotografowaniu smartphone'ami.
Bez przekonania kupiłam styczniowy numer KUCHNI i tu niespodzianka. W tym cienkim przedmiocie, znalazłam co najmniej połowę zawartości godną uwagi.
Po pierwsze wywiad z moim ulubieńcem Nigelem Slaterem, z którego zapamiętam, że "gotowanie dla bliskiej osoby jest wyznaniem miłości". To mi dało do myślenia czy wyznanie dwa do trzech razy dziennie nie jest przesadą. Zdanie to tłumaczy też mój upór w ciągłym proponowaniu "ugotuję Ci coś" mojej przyjaciółce, choć ona ani jedzenia nie utożsamia z nagrodą, ani nie żyje żeby jeść.
Po drugie świetny artykuł o kolejnym kulinarnym zakątku Berlina – Simon-Dach-Strasse.
Po trzecie, ciekawy felieton Ludwika Lewina o maśle. Powinnam tu zakończyć bo najbardziej lubię 3 i 7. Dobrnę jednak do punktu czwartego, zdecydowanie najlepszego, a mianowicie błyskotliwej wymiany myśli i zdarzeń między Tadeuszem Pióro i Markiem Bieńczykiem. Ten drugi (ostatni będą pierwszymi Panie Marku), od dawna wzbudza mój podziw, z powodu elegancji używania języka (nie tylko do degustacji win), wielkiej erudycji i cechy, bez której nie da się z nikim przetrwać na dłuższą metę – poczucia humoru. Ostatnio wpadłam w lekkie zmieszanie przeczytawszy artykuł o Rolandzie Barthesie w magazynie "KSIĄŻKI". Poczułam, że moja erudycja leży daleko od Paryża, w nienajlepszym regionie globu, ale i tak tekst Marka Bieńczyka przyniósł mi wiele przyjemności. Cieszę się więc, że taki erudyta potrafi pogadać o króliku, koniu i podbojach miłosnych w sposób dla mnie zrozumiały i rozbawić mnie do łez. Odetchnęłam też z ulgą, że tej konwersacji nie czytałam w środkach komunikacji publicznej.
FOOD&FRIENDS zaprenumerowałam bez żadnych oporów. Gdy kupowałam drugi numer, myślałam, że szybko skończą im się pomysły na materiał i miejsca rodzime. Cieszę się, że nie miałam racji. Magazyn trzyma poziom i co dla mnie ważne, jest bardzo estetyczny, równy poziomowi skandynawskiego designu. W numerze świątecznym również Berlin, choć inaczej, ale bardzo tam dużo ciekawych adresów, wywiad z Amaro i sporo "gwiazdkowych" przepisów (tu mam na myśli poziom skomplikowania potraw oczywiście).
Miłego weekendu bez internetu ;)
Subscribe to:
Posts (Atom)
Popular Posts
-
Placki drożdżowe piekę, odkąd się uparłam, że na Wielkanoc nie będziemy kupować żadnych ciast. I tak piekę jakieś 15 lat... :) Popisowy pla...
-
Sernik to moje ulubione ciasto. Wolę te klasyczne, raczej lekkie. Wyjątkiem są serniki czekoladowe. Liska zrobiła kiedyś pyszny sernik z b...
-
Chcieliśmy uniknąć szaleństwa przed świętami i pochodzić jeszcze chwilę w sandałach. Maderę nazwałam wyspą dla emerytów, botaników i przyj...
-
Szukając koszyków do wypieku chleba trafiłam na sklep , który wygląda na raj... Hert Ul. Odlewnicza 4a 03-231 Warszawa Zamówienia: 02...
-
Nawet latem nie trzeba rezygnować z makaronu. Tę pastę pierwszy raz zaserwował mi Pan R. Nie wiem dokładnie jak ją robił, ale spróbowałam ...
-
Kilka lat studiów w Poznaniu to wspomnienie rogali marcińskich. Prawdziwe rogale marcińskie wolę jeść w Poznaniu ze Słodkiej Dziurki na u...
-
To moja ulubiona pasta. Nie mogę podać na nią przepisu precyzyjnego, bo wymyśłiłam ją tak dawno, że nigdy nie obliczyłam proporcji. Ulubi...
-
Jest takie miejsce w Paryżu gdzie można zostawić majątek, jeśli lubi się romantyczne akcesoria kuchenne. Od mebli, po łyżeczki i szmatki.....
-
Łódź zawsze mnie przygnębiała, a kulinarnie kojarzyła się z traumą. Jadłam tam najgorszą pizzę (chyba w DaAntonio), rosół z wegetą, na stu...
-
Mam zdecydowane skłonności do wysokich procentów... w kuchni. Maczam, nasączam, dolewam gdzie się da, bo procenty nie tylko konserwują, ...