December 31, 2009

NA NOWY ROK




Życzę wszystkim hedonistom:
zdrowia, bo to najważniejsze,
odwagi aby być sobą,
smaku życia,
wolności wyborów,
pięknych zapachów, dźwięków, obrazów

oraz (tak jak obiecałam):
ognia i żaru na codzień...
:) 



Dzisiaj podjęłam się zrobienia drugiego tortu w życiu. Pierwszy zajął mi cały dzień i wylądował na podłodze w jednej sekundzie, zanim zobaczyła go jubilatka. To była swego rodzaju przepowiednia...


Ten dzisiejszy jest równie nieporadny, tak samo się starałam, ale mam nadzieję, że jego koniec będzie znacznie bardziej optymistyczny. Trzymajcie kciuki. Urodziny mojego księcia już o północy...

December 28, 2009

MADERA - wyspa dla botaników i przyjaciół leśników

Chcieliśmy uniknąć szaleństwa przed świętami i pochodzić jeszcze chwilę w sandałach. Maderę nazwałam wyspą dla emerytów, botaników i przyjaciół leśników. Było zupełnie pusto, ciepło (18-22C) i dziwnie spokojnie mimo silnych wiatrów.


Kulinarnie Madera nie rzuca na kolana: porcje za duże, tuńczyk przepieczony, kuchnia prawie bez ziół, ale.... bardzo podobało mi się to, że na targu sprzedawali wyłącznie własne produkty. Spodziewałam się wielu gatunków ryb, owoców morza. A tu niespodzianka:
- "bacalhau" suszony dorsz
- espada (black scabbardfish) - ryba żyje na bardzo głębokich wodach i wypływa płyciej (ok. 200-500 m) w nocy, wtedy tylko można ją złowić. Espadę podają jako filety z sosem z maracui lub bananów, które na Maderze rosną jak u nas jabłka.
- tuńczyk (zdecydowanie nie umieją go przyrządzać, ale gdy poprosiłam o lekko "potraktowany" był całkiem niezły )
- ośmiornica
- "lapas" - owoce morza z gatnku małż o bardzo ciekawym smaku, podawane grillowane z oliwą czoskiem i cytryną

Największą radość sprawiła nam jednak wizyta na targu, gdzie kupiliśmy filet espady (głowy gratis:), kilka pomidorów, pęczek pietruszki, marchewkę... z czego wieczorem ugotowaliśmy z przyjaciółmi zupę rybną.


Jedyne przed czym przestrzegam to stoiska na piętrze targu. Sprzedają tam hybrydy owoców: maracuja z pomarańczą, maracuja z bananem etc.  Kuszą, częstują... niestety po zakupie tych samych owoców odkryliśmy, że dolewają do nich aromatów, likierów i w tej formie podają do spróbowania.


Jedyny owoc-hybryda, wart każdych pieniędzy, to melanż banana i ananasa.


Smaku nie mogę zapomnieć do dziś. Polecam też przedziwną anonę, która przypomina gruszkę, a w smaku ma nutę banana. Na wyspie sprzedają likier z anony. Mnie najbardziej smakował likier z maracui z drobinkami owoców w butelce... Na pewno znajdzie się wkrótce w jednym z moich przepisów.
Mercado dos Lavradores
Rua Brigadeiro Oudino, Funchal

Tradycyjnym daniem mięsnym są wołowe szaszłyki (ogromnych rozmiarów) "espetada". Aromat nadają im gałęzie drzewa laurowego, na które nabite jest mięso. Piękny aromat.

Absolutnym przebojem jest chleb czosnkowy "bolo do caco". Niby proste, ale pyszne. Okrągłe chrupiące chlebki przekrojone na pół, a w środku roztopione masło z pietruszką i świeżym czosnkiem.

Zwiedziliśmy kilka miejscowych restauracji: od typowych, z poprawną kuchnią, przez restauracje na odludziu (gdzie w tym samym czasie biesiadowało chyba koło gospodyń wiejskich), po naszą ulubioną restauracyjkę w centrum Funchal, w małej uliczce. Nazywa się OLIVES, przypominała mi dobre francuskie małe restauracje, menu oparte na produktach miejscowych, ale z wyrafinowaną nutą. Mają krótkie menu (jak każda dobra restauracja), dania takich rozmiarów, aby można było (na wzór francuski) zjeść przystawkę, danie, deser... i nie paść. Podobno świetna kawa, czego potwierdzić nie mogę bo nie pijam :) Najbadziej przypadła mi do gustu pierś z kaczki w sosie porto z puree ze słodkich ziemniaków i pomarańczą. Na przystawkę świetne grillowane sardynki, zupa ze słodkich ziemniaków i zupa dyniowo-pomarańczowa. Na deser podają pyszny creme brulee, choć to nie jest bardzo portugalskie ;) Dodatkowym atutem była dobra muzyka, obsługa z klasą, wiedzą i poczuciem humoru i bardzo przystojny kucharz :)

Olives
Rua Queimada Cima
9000-065 Funchal, Portugal
291 236 004


Na "końcu świata" (Ponta do Pargo) trafiliśmy do uroczej herbaciarni CASA DE CHA "O FIO". Podano nam w wielkim dzbanku napar ze świeżej mięty, kopru włoskiego i trawy cytrynowej. Do tego mus z mango... po 5 minutach powtórka ;)


Najbardziej zauroczył mnie jeden z ogrodów botanicznych Jardim Tropical Monte Palace. 


I te zmiany krajobrazów....

December 27, 2009

I PO ŚWIĘTACH...



Były inne niż zwykle, jak zawsze w naszej rodzinie...

Jedno z nas chore, drugie bez inspiracji w kuchni, ale miło i spokojnie, z toną książek i godzinami nowej muzyki. Inspiracja kulinarna przyjdzie bez okazji.

Między książkami upiekłam dwa chleby ze strony Liski. Piwny.

Ciekawy i piękny, choć nie należy do moich ulubionych. Brakuje mi w nim lekkiego kwasu (bo niby skąd) i za dużo w nim gorzkiej nuty. Upiekłam więc drugi chleb z tej samej strony, ale zanim zrobiłam zdjęcie, zniknął... Upiekę go znowu z kilkoma modyfikacjami i napiszę wtedy o nim, bo to idealny chleb dla niecierpliwych.

Chleba będzie pewnie na blogu coraz więcej, z powodu nowych książek na mojej półce:
BREAD • Jeffrey Hamelman
CRUST • Richard Bertinet

Ale najpiękniejszą książką jaką dostałam w tym roku jest zdecydowanie:
FEED ME NOW • Bill Granger

L. natomiast przeczytał jednym tchem bardzo zabawny poradnik australijskiego autora, o tym jak zbudować ceglany piec chlebowy... I to jest moja nadzieja na ten rok... od książki do dzieła...

Dźwięki... Cinematic Orchestra x 5 (jak już to hurtowo), Retrospective E.S.T (Trio zmarłego tragicznie półtora roku temu Esbjörna Svenssona), nowa Buika (inna niż wszystkie poprzednie, bo kubańska i "sin fuego" jak na Buikę, bo jak na przeciętną niewiastę to ogień piekielny...).

Dlatego krótce będę Wam życzyć ognia i żaru na codzień... ale to wkrótce. Najpierw napiszę Wam o Maderze.

December 1, 2009

WSPOMNIENIE KRAJU BASKÓW CZYLI NALEWKA WERBENOWA


Wiem, że nie da się zrobić tej nalewki w tej chwili. Wiem, że werbena nie jest popularna w Polsce jak melisa. Wiem, że alkohol szkodzi zdrowiu. Ale... 2 tygodnie temu, po 60 dniach czekania, moja nalewka werbenowa była gotowa do spożycia i nie mogę już dłużej czekać, żeby podzielić się tym prostym przepisem.

Kilka dni tego lata spędziłam w cudnym miejscu po francuskiej stronie kraju Basków. Moi gospodarze raczyli mnie co wieczór werbenową nalewką zrobioną z liści werbeny z ich ogrodu. Wracając do Polski, zatrzymaliśmy się w Bordeaux i oprócz wina w bagażniku znalazło się miejsce na:

60 LIŚCI WERBENY
60 KOSTEK CUKRU NR 4
1 LITR EAU DE VIE

To był prezent od Helene, której jeszcze raz dziękuję za gościnę.
Nie pytajcie mnie co to jest cukier numer 4 (prostokątne kostki). Na specjalne życzenie zważę kostkę tego cukru. Eau de vie to podobno okowita. Moja butelka to wódka z owoców, 45 procent alkoholu.
Werbena ma najpiękniejszy zapach jaki znam. A smak nalewki jest trudny do opisania.

Na wiosnę postaram się zasadzić w ogrodzie krzak werbeny i wypełnię tą nalewką co najmniej jedną półkę spiżarni.

Do wielkiego słoja wrzuciłam cukier, na to liście werbeny i zalałam eau de vie (pewnie wódka też może być), po 60 dniach cukier się rozpuścił i przecedziłam płyn do karafki.

Wasze zdrowie!

November 23, 2009

GRUSZKI NA ZIMOWE WIECZORY



Co sobotę chodzę na prawdziwy targ kupować warzywa i owoce od rolników. Tych prawdziwych poznaję po tym, że mają bardzo mały asortyment, a ich produkty są jeszcze brudne od ziemii, paznokcie też :) Pozostali kupują swoje produkty na giełdzie. Cieszy mnie widok 12 gatunków jabłek, 6 gatunków gruszek...

Czuję powoli zimę za pasem. Sałata nie ma już smaku, asortyment maleje... Zostaną nam wkrótce: kapusta, ziemniaki i marchew, fasola... dobrze, że zostaną zaprawy więc nie będę na głodzie pomidorowym, ani na gruszkowym...

Zaintrygowana militarną nazwą gruszek (przysięgam, nie pamiętam czy to był marszałek, generał czy inny mundurowy:) Kupiłam dwa kilogramy i pół dnia kombinowałam co z nich zrobić. Myślałam o konfiturach z imbirem, ale obawiałam się konsystencji. Do tej pory żyję wspomnieniem cudownego deseru Pawła (gruszki gotowane w syropie, w sosie cointreau-limonkowym)... W dodatku 2 dni temu zlałam pierwszą w życiu werbenówkę i szkoda mi było wyrzucić pięknych liści werbeny, które zostały w słoju po nalewce. I tak narodził się pomysł na pijane gruszki.

2 kg dojrzałych gruszek
cukier (najlepszy jest brązowy trzcinowy, ja zrobiłam w połowie z białym)
3 gwiazdki anyżu
5 goździków
laska wanilii
woda źródlana

W garnku ułożyć gruszki obrane i wydrążone, zasypać cukrem (ja dałam mniej cukru ze względu na strach przed kaloriami), dodać przyprawy, zalać wodą i zagotować (gotować ok. 20 minut - zależy od dojrzałości gruszek). Jak tylko zrobią się trochę "przezroczyste", należy je wyjąć.

W słoiku 2 litrowym (tym, w którym zostały moje liście werbeny) układam ugotowane w syropie korzennym gruszki, potem zalewam je alkoholem:
100 ml białego rumu (oczywiście najlepiej z Martyniki)
60 ml Cointreau
60 ml spirytusu
uzupełniam syropem, w którym gotowałam gruszki (zostawiając w słoiku jedną gwiazdkę anyżu, i wanilię - jeśli ktoś nie lubi tych przypraw za bardzo, to nie należy ich wrzucać do słoika, bo smak może być zbyt intensywny).
Pierwsza degustacja była już po 2 dniach... świetne na zimową chandrę.



Tydzień później zrobiłam kolejną porcję:
Rum z Martyniki zamieniłam na ciemny rum Bacardi (nie jest najlepszy), do syropu dodałam ok 10 cm świeżego imbiru, liści werbeny już nie miałam, ale imbir i tak wszystko zdominował. Uwaga: częśćimboru zostawiłam w słoiku i po kilku dniach miałam ogniste gruszki. Idealne na przeziębienie. Jeśli boicie się ostrości -imbir należy wyjąć z syropu tuż po ugotowaniu gruszek.


Do obu wersji polecam na koniec odrobinę soku z limonki lub cytryny.

Wczoraj kupiłam ostatnie 2 kilo "mundurowych" gruszek i wypełniam kolejny słoik.

Poniżej zdjęcie z serii TFU-rczość targowa.

November 15, 2009

HATALEIPA czyli znowu zapomniałam o harmonogramie



Wciągnęłam się bardzo w pieczenie własnego chleba. Ciągle szukam raczej żytnich, modyfikuję przepisy. Uwielbiam te na zakwasie, dbam o mój, ale ciągle zapominam, że pieczenie chleba na zakwasie trzeba dobrze planować. Jeśli nastawię wieczorem zaczyn, rano muszę mieć kilka godzin na resztę, a to bardzo trudne i mało spontaniczne. Dzisiaj spróbowałam chlebka awaryjnego, fińskiego z bloga Liski. Zmodyfikowałam go jednak na bardziej żytni i troszkę zakwasowy. Wyszedł piękny i chrupiący. Trochę słodkawy (może następnym razem dodam 1 łyżkę melasy, może zamienię ją na miód z charakterem). Konsystencja świetna.

Hataleipa
8 gramów świeżych drożdży
200 ml ciepłej wody (40-45 st C)
2 łyżki melasy
duża łyżka zakwasu (dodałam wbrew przepisowi oryginalnemu z miłości do zakwasu)
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka soli
150 gramów mąki żytniej chlebowej
150 gramów mąki pszennej chlebowej
orzechy włoskie

Drożdże pokruszyłam w misce, rozgniotłam z melasą i zalałam ciepłą wodą. Ostawiłam na 10 minut. Dodałam zakwas, oliwę, sól i mąkę żytnią, wymieszałam.
Dodałam mąkę pszenną, wymieszałam dobrze maszyną (KitchenAid), dodałam orzechy.
Przełożyłam ciasto do keksówki wysmarowanej olejem i wysypanej ziarnem amarantusa.
Odstawiłam na ok. 2 godziny (czekałam aż ciasto urośnie ponad formę).
Pieczenie: piekarnik nagrzałam do 230 st C. Wstawiłam keksówkę z wyrośniętym ciastem oprószonym wcześniej mąką. Podlałam blachę pod kratką wrzątkiem. Po 10 minutach zmniejszyłam temperaturę do 210 st C i piekłam jeszcze 20 minut. Na koniec (przez 10 minut) trzymałam chleb na kratce w piekarniku już wyłączonym, żeby skórka dolna się wysuszyła.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts