December 8, 2011

TASTE OF CHRISTMAS 2011

To był mój pierwszy raz... Kuchnia brytyjska nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań, ale już to co można zjeść w Londynie, niekoniecznie brytyjskiego, bardzo mnie kusi. Taste of ... to impreza kulinarna odbywająca się dwa razy w roku (druga to Taste of London). Przypomina bardzo zrelaksowany kiermasz przedświąteczny w nowoczesnej scenerii wystawienniczej. Pełno tam muzyki, prezentacji szefów kuchni, jest też scena cukiernicza i szkoła gotowania.

Na targach prezentowały się znane restauracje londyńskie. Spróbowałam wołowiny Jamiego Olivera – niestety był to wielki zawód. Stek z ciekawym sosem (Roast Welsh Black sirloin steak with straw potatoes and house sauce) z restauracji Roast z Borough Market  – bez zarzutu (autor tego steka na pierwszym zdjęciu).
 Jagnięcina z  puree z masalą i szafranowym sosem (Smoked Romney Marsh Lamb saddle with masala mashed potato, saffron sauce) z The Cinnamon Club, której szefem jest Vivek Singh to zdecydowanie mój numer jeden.
 
Poza restauracjami, sporo ciekawych produktów małych wytwórców. Bardzo wyważony i zaskakujący był zestaw produktów na bazie wasabi firmy Emerald Fox (różne rodzaje serów, musztarda, sos tatarski etc.). Trafiłam też na Anglika, który wytwarza w Polsce kilka rodzajów wódki VESTAL i robi nalewkę z czarnego bzu (kwiatów i owoców). Opowiada o tym z wielkim entuzjazmem i mam nadzieję, że się do tego wytwórstwa nie zrazi.
Najmilsze było spotkanie z kuchnią walijską. Bardzo zabawny Walijczyk prezentował kolejne regionalne dokonania na polu drinkowo-jagnięcym (na szczęście osobno:). Nie wiem czy podobało mi się to co jadłam i piłam czy to jak było zaprezentowane :) Tylko poczucie humoru może mnie odwieźć od obiektywnej oceny kulinarnej ;)
 Na pewno zawitam przy następnej okazji do sklepu THE EST INDIA COMPANY. Indyjska czekolada z czerwonym pieprzem była rewelacyjna i aż boję się pomyśleć co jeszcze mogłabym tam odkryć. Skoro już mowa o czekoladzie, spotkałam dwóch producentów wina czekoladowego. Jedno było całkiem niezłe ;)
Dużą część targów zajmowała restauracja Jamiego Olivera, gdzie można było zjeść specjalne menu przygotowane na tę okazję. Wyglądało to jak duża stołówka. Nie kosztowałam więc się nie wypowiem na temat smaków.

Najbardziej czekałam na prezentacje Williama Curleya, lecz o tym w osobnym wpisie, bo nie była to moja jedyna przygoda z angielskim mistrzem czekolady.





















Impreza jest na pewno bardzo ciekawa dla miejscowych. Można kupić naprawdę sporo oryginalnych produktów, które trudno znaleźć nawet w najlepszych delikatesach. Dla wrażliwych na nazwiska – lokalne gwiazdy programów kulinarnych. 

 Gary Rhodes podpisywał swoją książkę

Moja walizka była już dość pełna i oszołomiona przesytem wyboru nie kupiłam nic. Może za rok :) Każdy pretekst jest dobry, żeby do Londynu powrócić. Nie widziałam nigdzie hasła London my love.. a zasługuje nań tak bardzo jak Paryż na mon amour. Choć nie brzmi tak pięknie...


2 comments:

feeriasmakow said...

Widzę, że jesteś ciągle w biegu. Podziwiam zaangażowanie... a zdjęcia jak zwykle bajeczne.

margotka said...

A mnie się wydaje, że nie wychodzę z domu :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts